FAQ  •  Szukaj  •  Użytkownicy  •  Grupy •  Galerie   •  Rejestracja  •  Profil  •  Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości  •  Zaloguj
 
 
 27 - żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo [T] [NZ] Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu
Autor Wiadomość
Robaczek
Moderator



Dołączył: 03 Sty 2009
Posty: 1430
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 227 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pią 14:08, 28 Cze 2013 Powrót do góry

Image
    __________________________________________

    27 – żyj szybko, kochaj mocno, umieraj młodo
    __________________________________________

AUTORKA:
angel-on-the-moon


OPIS: Dwóch ludzi, jedna noc i pytanie: Po co żyjemy?
– Powoli blakniemy? Tak uważasz? – Nie byłam pewna, czy zgadzam się z Edwardem.
– Od momentu narodzin umieramy. Z każdą mijającą sekundą. – Ponownie otworzył oczy i spojrzał na mnie. – Teraz jesteśmy bliżej śmierci niż kiedykolwiek wcześniej.

OZNACZENIA: romans/dramat, P18
TŁUMACZENIE: Robaczek
BETA: Dzwoneczek
[link widoczny dla zalogowanych]
Wszystkie postaci należą do Stephenie Meyer.


Choć forum dogorywa, robaczana radosna twórczość translatorska powraca. Mam nadzieję, że ten wspaniały tekst znajdzie swoich czytelników. Jeśli już się pojawicie, nie zapomnijcie o komentarzu; każda Wasza opinia jest cenna i dla autorki, i dla mnie.
Za betę kłaniam się w pas niezastąpionemu Dzwoneczkowi.
Nie przedłużając, zapraszam do lektury.



PROLOG
NIEZNAJOMI W NOCY


Przypadkowe kontakty czy przelotne spotkania rzadko kiedy mają na nas wpływ. Zapominamy ludzi, którzy pojawiają się na naszej drodze, szybciej, niż byśmy być może chcieli. Jednak niektóre spotkania potrafią zmienić nasze życie, wskazać nam ścieżki, które do tej pory wydawały się ukryte.

*

Spotkałam Edwarda Cullena 14 stycznia 2009 roku w terminalu nr 3 na lotnisku LaGuardia w Nowym Jorku. Była dokładnie 22:46.

Od kilku minut niezbyt uprzejma, za to niewątpliwie przemęczona pracownica lotniska tłumaczyła mi, że wszystkie dzisiejsze loty zostały odwołane. Zła pogoda panująca w Bostonie podążała w kierunku Providence i zdaniem meteorologów nie zamierzała zatrzymywać się przed Nowym Jorkiem.
Wspaniale. Utknęłam. Stłoczona między innymi czekającymi, którzy wyglądali na równie uszczęśliwionych co ja. Zarzuciłam na ramię wypchaną po brzegi granatową torbę podróżną i utorowałam sobie drogę między walizkami, nogami i dziećmi, aż znalazłam wolne miejsce przy oknie, w najdalszym kącie terminalu.
Jasnoszare plastikowe siedzenie okazało się równie niewygodne, na jakie wyglądało.
Zmęczona, podenerwowana i głodna wyjęłam z torebki komórkę, aby wysłać mamie krótką wiadomość. Prawdopodobnie już spała, ale jeśli nie, powinna przynajmniej wiedzieć, gdzie się znajduję. W oczach rodziców zawsze pozostawało się dzieckiem, nawet w wieku dwudziestu sześciu lat.
Spojrzałam na zegarek, który wskazywał za kwadrans jedenastą, co oznaczało, że będę musiała spędzić w tej hali jeszcze co najmniej osiem godzin. Odwiązałam wiszącą na biodrach dzianinową kurtkę i wślizgnęłam się do środka. Było mi przeraźliwie zimno, choć mogło to po prostu być winą przemęczenia lub głodu. Już miałam podciągnąć nogi, a torbę położyć na wolnym miejscu obok, kiedy dobiegł mnie przyjazny, dźwięczny głos.
– Czy to miejsce jest wolne? – Dłoń o długich, szczupłych palcach pojawiła się w moim polu widzenia, wskazując na najbliższe siedzenie.
– Jasne.
– Dzięki. Cieszę się, że nie muszę siedzieć gdzieś z tyłu między matkami z niemowlakami. – Głos roześmiał się cicho. – Jestem Edward.
Podniosłam wzrok i ujrzałam przed sobą jego twarz. Błyszczące zielone oczy obramowane drobnymi zmarszczkami, niekończące się rzęsy, których nikt nie spodziewałby się u mężczyzny, a za które niejedna kobieta byłaby w stanie zabić, nieznacznie zakrzywiony nos, wysokie kości policzkowe, a do tego uśmiech, który mógłby roztopić Arktykę. Na głowie baseballówka z logiem Red Soksów.
– Soksi? W Nowym Jorku? Odważne. – Wskazałam na swoją torbę podróżną, do której przytwierdzona była tylko jedna naszywka – drużyny baseballowej, nowojorskich Jankesów.
– Wysyłasz mnie do tego matczynego piekła tylko dlatego, że mam lepszy gust niż ty?
Już miałam ostro zaprotestować – nikt nie obrażał bezkarnie moich Jankesów – gdy znowu dopadł mnie ten uśmiech. – Mogę zostać?
Jak mogłabym odmówić czegokolwiek komuś, kto tak się uśmiechał? – Ani słowa przeciwko DiMaggio albo Babe Ruth.
– W porządku, chociaż oboje... – Rzuciłam mu śmiertelne spojrzenie, tak że podniósł ręce w obronnym geście. – Już będę cicho.
Z powrotem oparłam się o siedzenie i zamknęłam oczy, gdy zaczął głośno grzebać w swoim przesadnie dużym plecaku. Wydobył z niego wielkie tomiszcze, którym prawdopodobnie można by kogoś zabić. Wojna i pokój, przeczytałam zmrużonymi oczami. Wykrzywiłam się ze wstrętem.
– Tołstoj? Masz zapędy masochistyczne?
Wzruszył ramionami. – Tak właściwie czyta się to naprawdę kiepsko.
– To dlaczego to robisz?
– To jedna z rzeczy, które chcę jeszcze zrobić w swoim życiu. – Edward wyciągnął okulary z zewnętrznej kieszeni koszuli i zaczął wertować to rosyjskie narzędzie tortur.
– Jeszcze? – Zlustrowałam go od góry do dołu. Nie wyglądał na chorego, promieniał siłą. Nie mógł być dużo starszy ode mnie.
– Wiesz, jak wielu jest ludzi, którzy umarli w wieku dwudziestu siedmiu lat? Nie chcę ryzykować. – Mrugnął do mnie, po czym powrócił do książki.
Było to, łagodnie mówiąc, zwariowane, i nie miałam pojęcia, o czym w ogóle mówi. – Wierzysz, że umrzesz w wieku dwudziestu siedmiu lat?
– Nie. – Ze śmiechem potrząsnął głową. – Ale jest taka możliwość i gdyby tak miało się stać, chcę, żeby wszystko było zrobione jak należy.
Może nie wziął swoich leków? Może był niebezpiecznym szaleńcem, który skądś uciekł? Wyglądał jednak na niegroźnego, przynajmniej na tyle, na ile byłam w stanie to ocenić.
– Co to za ludzie, którzy umarli w wieku dwudziestu siedmiu lat? To twoi przyjaciele? – Nie chciałam wyjść na niewrażliwą, ale mieliśmy przed sobą jeszcze kilka godzin i rozmowa byłaby z pewnością przyjemniejsza niż wpatrywanie się w podłogę.
– Nie do końca. – Zamyślił się. – Chociaż może i można określić ich jako przyjaciół.
Robiło się coraz bardziej tajemniczo, a ja byłam coraz bardziej zainteresowana. – Kim... kim byli ci ludzie?
– Założę się, że wszystkich znasz. – Edward wyciągnął z kieszeni swojego iPoda i podał mi jedną słuchawkę. – Masz.
Zawahałam się, ale przyjęłam słuchawkę i z niechęcią wetknęłam ją do lewego ucha. Było w tym coś potwornie obrzydliwego, nawet jeśli nie wyglądał na włóczęgę i był czysty.
I wtedy ich poznałam – wszystkich tych utalentowanych ludzi, którzy o wiele za wcześnie zostali wydarci życiu.
Janis Joplin, piosenkarka, umarła w wieku 27 lat, prawdopodobnie przedawkowując heroinę – dokładne okoliczności jej śmierci do dziś pozostają nieznane. Była w szczytowym momencie swojej kariery.
Brian Jones, współzałożyciel The Rolling Stones, utonął w wieku 27 lat.
Jimmy Hendrix, gitarzysta, udusił się w wieku 27 lat, w nocy po koncercie w Londynie.
Jim Morrison, wokalista legendarnego zespołu The Doors, umarł w niewyjaśnionych dotąd okolicznościach w wieku 27 lat, w Paryżu.
Kurt Cobain, lider zespołu Nirvana, zastrzelił się w wieku 27 lat.

– Klub 27? – Przeszyłam go wzrokiem, oddając mu iPoda.
– Tak. – Włożył odtwarzacz z powrotem do kieszeni i rzucił mi spojrzenie kątem oka. – Nie zamierzam strzelić sobie w głowę albo zaćpać się na śmierć, ale nigdy nie wiadomo, co nas czeka.
– I dlatego... czytasz Tołstoja?
– Między innymi. Mam całą listę rzeczy, które chcę zrobić, zanim umrę. Już nad nimi pracuję. – Wyciągnął w moim kierunku paczkę Oreo.
Podziękowało mu burczenie mojego brzucha. – Czy na tej liście znajduje się też jedzenie kalorycznych, niezdrowych słodyczy?
– Nie, tym zajmuję się już od urodzenia. – Wyszczerzył się, otworzył swoją paczkę zębami i ponownie oparł się o siedzenie.
– Dziękuję – wymamrotałam z pełnymi ustami. – Uratowałeś mnie.
Jedliśmy w ciszy, ignorując otaczający nas hałas, który był i tak bardziej znośny niż jeszcze godzinę wcześniej. Większość ludzi usiłowała spać. Niektórzy leżeli na podłodze, inni próbowali umościć się w swoich siedzeniach na tyle komfortowo, na ile było to możliwe.
– Ta cała sprawa z wiekiem. – Przełknęłam resztkę ostatniego ciastka. – Ile tak właściwie masz lat?
Ściągnął z głowy baseballówkę, a moim oczom ukazały się włosy o najdziwniejszym kolorze, jaki dotąd widziałam. – Dwadzieścia sześć.


Post został pochwalony 1 raz

Ostatnio zmieniony przez Robaczek dnia Pią 1:46, 21 Lut 2014, w całości zmieniany 6 razy
Zobacz profil autora
seska
Dobry wampir



Dołączył: 19 Mar 2009
Posty: 864
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 21 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Wto 23:40, 02 Lip 2013 Powrót do góry

Będę pierwsza? Cóż, można spodziewać się takiego obrotu wydarzeń Wink

Jako że zaglądam na TS z sentymentu, ostatnio czytałam rozmowy na SB i zauważyłam wpis o nowym tłumaczeniu. Babska ciekawość kazała mi zajrzeć do Kącika by sprawdzić, czy już je wrzuciłaś.
Trochę dziwnie czułam się czytając 27, bo albo mam jakieś deja vu i ten ff "obił" mi się o oczy w przeszłości, albo po prostu wpływ na mój odbiór ma słynny Klub 27... Dziwnie było też czytać nowy tekst po takiej przerwie, bo wszyscy wiemy, że lata świetności zmierzchowej już za nami Wink W każdym bądź razie, prolog przeczytałam i co mogę stwierdzić? Szkoda, że nie wrzuciłaś od razu pierwszego rozdziału, bo chętnie przeczytałabym dłuższy tekst. Nie będę oceniać samego tłumaczenia, szukać błędów - bo nie ma to większego sensu. Doskonale zainteresowani wiedzą, że tłumaczenie jest w rękach profesjonalistek Smile
FF zapowiada się na całkiem niezły, nie wróży cukierkowej love story (nie, żebym miała coś przeciwko jakiemuś apetycznemu romansowi Razz) - historia może rozwinąć się ciekawie i całość, na szczęście, wskazuje na dojrzały tekst. Chętnie w letnie wieczory poczytam coś nowego, tym bardziej, że rzecz nie jest znów o nastolatkach Wink


Post został pochwalony 1 raz
Zobacz profil autora
losamiiya
Dobry wampir



Dołączył: 27 Lis 2009
Posty: 1767
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 212 razy
Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Mexico City.

PostWysłany: Pon 20:31, 08 Lip 2013 Powrót do góry

Witaj Robaku,

Starałam się napisać coś dłuższego, niż zwyczajne 'ciekawe, czekam co będzie dalej',
bo to ani nie w moim stylu, ani żaden autor na coś takiego nie zasługuje.
Skłamałabym jednak, gdybym rzeczywiście nie wspomniała o tym, że tekst mnie zaciekawił i z pewnością będę zainteresowana dalszym biegiem wydarzeń.
Dla mnie osobiście, każda historia, która zaczyna się w taki sposób jest wciągająca.
Nie chodzi tu o samą tajemniczość i pewien urok, który można dostrzec nawet po tak krótkim wstępie, ale o ten fantastyczny tragizm, który zdaje się nadchodzić,
a który ja uwielbiam...
Nie chcę już dłużej wypowiadać się ogólnikowo, więc dodam tylko, że czekam na dalszą część, z pewnością powiem wtedy więcej.
Co do tłumaczenia nie ma co pisać, jak wspomniała poprzedniczka, pełen profesjonalizm i każdy to wie Wink

ściskam mocnoo xx


Post został pochwalony 1 raz
Zobacz profil autora
mTwil
Zły wampir



Dołączył: 20 Mar 2009
Posty: 345
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 80 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: O-ka

PostWysłany: Pon 22:26, 08 Lip 2013 Powrót do góry

PrzyszLam tu dzisiaj, bo się rozpędziłam i troszeczkę dlatego, że mi przypomniałaś. Powinnam bić się teraz w pierś, że wcześniej nie skojarzyłam, o co chodzi z tytułem. Ja, największa fanka Kurta, nie zorientowałam się, że chodzi o Klub 27, póki nie przeczytałam dziś reklamy w Twoim podpisie. Wyobraź sobie moją radość, kiedy w tekście zobaczyłam Kurt Cobain. W tym właśnie momencie zdecydowałam, że muszę polubić tego fanficka.
Odchodzę trochę od tematu, ale tak naprawdę ciężko powiedzieć coś o samym prologu. Prawdę mówiąc, na razie nic, poza tym cudownym nazwiskiem, mnie nie porwało. Wierzę oczywiście, że to dopiero początek i jeżeli Ty zdecydowałaś się coś tłumaczyć, nie mogą to być flaki z olejem. W tej wierze utrzymuje mnie opis ficka, mam nadzieję, że będę tu z przyjemnością wracać.
Czekam na pierwszy rozdział, w szczególności, że właśnie zobaczyłam, że oryginał jest po niemiecku, a mi trzy lata nauki w liceum nic nie dały. Jeśli się wciągnę, pozostaje mi liczyć tylko na Ciebie.
I jedno pytanie - to jest AH?


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Robaczek
Moderator



Dołączył: 03 Sty 2009
Posty: 1430
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 227 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Czw 20:11, 11 Lip 2013 Powrót do góry

Dziewczyny, pięknie dziękuję za komentarze. Gdy przez kilka dni nikt się nie odzywał, bałam się, że tekst będzie tylko się kurzył, ale zjawiłyście się Wy i bardzo mnie to cieszy.
Za wspaniałą betę kłaniam się Dzwoneczkowi.
Miłej lektury!



1.
KAWAŁEK MOJEGO SERCA
PIECE OF MY HEART


Chcę, żebyś przyszedł i wziął,
Wziął teraz kolejny kawałek mojego serca, kochanie.
Złamał teraz kolejny kawałek mojego serca, skarbie, o tak.
Hej! Weź teraz kolejny kawałek mojego serca, kochanie, tak.
Wiesz, że jest twój, jeśli dzięki temu czujesz się lepiej,
Właśnie tak.
    I want you to come on, come on, come on, come on and take it,
    Take another little piece of my heart now, baby.
    Break another little bit of my heart now, darling, yeah.
    Hey! Have another little piece of my heart now, baby, yeah.
    You know you got it if it makes you feel good,
    Oh yes indeed.


    — Janis Joplin, Piece of my heart (1968)

– Dwadzieścia sześć? Jak długa jest ta lista?
– Część rzeczy już zrobiłem, ale nie wszystkie... Na niektóre może mi nie starczyć czasu. – Przeczesał ręką wyjątkowo lśniące włosy. A może to była farba?
– Opowiesz mi o tym? – wyszeptałam, pochylając się do przodu, aby nie obudzić ludzi dookoła. Terminal był słabo oświetlony światłem z lamp się nad wyjściami awaryjnymi, tak że już tylko niewyraźnie widziałam twarz Edwarda.
– To niezbyt ciekawe. Ale może ty opowiesz mi coś o sobie. – Skrzyżował nogi na wolnym siedzeniu naprzeciwko.
– Wierz mi, to o wiele nudniejsze. Nie ma nic do opowiadania.
– Nieprawda. Każdy ma swoją historię. – Uśmiechnął się do mnie zachęcająco, a ja wydałam się sobie jeszcze nudniejsza.
– Ale przy mojej zaśniesz, zapewniam cię.
– Nie byłoby najgorzej. Musimy przetrzymać tu jeszcze całą noc. A więc – Edward nachylił się w moim kierunku i spojrzał na mnie pytająco – gdzie się wychowałaś?
– W Phoenix.
– Phoenix – powtórzył. – A dalej?
– Nie ma żadnego dalej. – Nie mogłam oprzeć się pokusie i także wyciągnęłam przed siebie nogi, które były teraz jak z ołowiu. Moje stopy w schludnych brązowych butach wyglądały na malutkie obok jego wysłużonych zielonych trampek.
– Niechętnie o sobie mówisz, co? – Znowu ten urzekający uśmiech.
– Po prostu nie ma o czym mówić.
– Mogłabyś mi opowiedzieć, jak z Phoenix wylądowałaś na tym przeklętym lotnisku.
– Leciałam do rodziców. Mój tata ma urodziny. – Rzeczywiście, bardzo ciekawe.
– Mieszkasz w Nowym Jorku?
– Tak, studiuję na Uniwersytecie Nowojorskim.
– Hmm. – Jego wzrok powędrował od moich butów przez granatowe dżinsy aż do białej bluzki i szarej kurtki z dzianiny. – Wydaje mi się, że wiem, co studiujesz.
– Doprawdy? Kim jesteś, Urim Gellerem*? – Nie wydawał się podejrzany, gdy tak na mnie spoglądał; jego oczy nie zatrzymały się na dłużej na żadnej części ciała, a jednak nie czułam się do końca komfortowo.
– Nie. – Śmiejąc się, potrząsnął głową. – Po prostu dobry ze mnie obserwator.
– Okej. Więc co takiego zaobserwowałeś?
Edward rozsiadł się wygodnie na swoim siedzeniu i skrzyżował ręce na piersi. – Jesteś tak zwaną dobrą dziewczynką. W liceum byłaś umiarkowanie lubiana, ale nie byłaś też jakimś odludkiem. Na pierwsze randki umawiałaś się z facetami, którzy byli ci zupełnie obojętni; cieszyłaś się, że w ogóle chcieli się z tobą spotkać. Prawdopodobnie miałaś kiedyś aparat na zęby albo okulary. Twoje oceny były dobre, ale nie wybitne. Twoi rodzice wciąż są małżeństwem i było ci ciężko ich zostawić i wyjechać do Nowego Jorku. Znalazłaś tu nowych znajomych, ale nikogo, z kim byłabyś szczególnie blisko, ponieważ potrzebujesz dużo czasu, aby komuś zaufać. Studiujesz pewnie... – przerwał na chwilę i wyglądał, jakby się zastanawiał – ...historię? Nie, to nie pasuje. Może nauki polityczne albo... literaturę. Jesteś singlem, ponieważ nie znalazł się nikt, kto by cię do siebie przekonał. – Spojrzał na mnie z zadowolonym wyrazem twarzy, a ja nie byłam pewna, czy znalazłam się w jakimś programie telewizyjnym, czy powinnam go spoliczkować. – I jak mi poszło?
– Nie nosiłam aparatu ani okularów.
– Każdemu zdarzają się pomyłki. Nawet takiemu geniuszowi jak ja. A reszta? – Tak jak poprzednio był niesamowicie pewny siebie. Sposób, w jaki patrzył na mnie znad swoich okularów, sprawiał, że miałam ochotę zostawić go tam samego. Ale nie chciałam spędzać nocy między niemowlakami.
– Zupełna pomyłka – skłamałam, ale idiota obok i tak mnie przejrzał, tak jak wcześniej. W porządku, każdy, dosłownie każdy wiedział, kiedy kłamałam, ale ten facet był przecież nieznajomym. Najwyraźniej moje wątpliwe zdolności nie pozwoliły mi wmówić czegokolwiek nawet komuś, kogo widziałam pierwszy raz w życiu. Byłam w końcu dobrą dziewczynką, jak mnie określił.
– A więc miałem rację. – Edward wyłowił ze swojej torby paczkę papierosów, którą wyciągnął w moim kierunku.
Przecząco pokręciłam głową. – Chcesz od tego umrzeć? Nie chcę cię rozczarowywać, ale nie wydaje mi się, żeby można było tu palić.
– Cholernie poważnie podchodzisz do zakazów, hm? – Mimo to schował papierosy w przedniej kieszeni wymiętej koszuli.
– Córka policjanta – odparłam, wskazując na siebie kciukami. – Nie mogę znieść ludzi, którzy ignorują wszelkie zasady.
Nie liczyłam się z jego reakcją – Edward zaczął głośno się śmiać. Na tyle głośno, że starsza kobieta dwa rzędy dalej rzuciła nam rozwścieczone spojrzenie. – Pssst. Chcesz obudzić całe lotnisko?
– Jeśli trzeba. – Zaczerpnął powietrza i zdawało się, że zaczął się powoli uspokajać. – Wszelkie zasady? Podchodzisz do tego naprawdę poważnie, co? – Znowu stłumiony śmiech.
– Z pewnością są powody, dla których nie można palić na lotnisku – odparłam urażona. Wprawdzie ciastkami uratował mnie przed śmiercią głodową, ale to nie upoważniało go, żeby się ze mnie nabijać, i to tylko dlatego, że przestrzegałam obowiązujących przepisów.
Edward zdjął okulary i dłonią przetarł oczy. – Jesteś zabawna.
Co miałam na to odpowiedzieć? Dziękuję? Raczej nie. Zdecydowałam się zignorować jego uwagę.
– Zrobiłaś kiedyś coś zabronionego?
– Nie. – Moja odpowiedź padła szybko, za szybko, i nie byłam jedyną, która to zauważyła.
– No powiedz. – Przyjacielsko szturchnął mnie łokciem. – Co to było? Ukradłaś gumę do żucia? Oszukiwałaś w szkole, wymknęłaś się w nocy z domu? Zamęczyłaś swojego zwierzaka?
– Nie zamęczyłam żadnego zwierzaka. – Oburzona wyprostowałam plecy.
– Tak mi się właśnie wydawało. Takie typy lądują zazwyczaj w pierdlu albo w psychiatryku. A więc co było twoim grzechem młodości?
– Dlaczego miałabym ci o tym mówić? W ogóle się nie znamy. – Nie strzępiłam języka, opowiadając o swoich pomyłkach sprzed lat, nawet jeśli nie było ich wiele.
– Prawda. Nie znasz mnie. Dlatego też nie masz nic do stracenia. – I po raz kolejny ten pewny siebie uśmieszek, który miałam ochotę zetrzeć mu z twarzy. Gdy nie odpowiedziałam, cicho westchnął.
– Edward Cullen, były student ze stanu Waszyngton. Dokładniej mówiąc, z dziury zwanej Forks, gdzie pada tak często, że trzeba by wyhodować sobie błonę pławną. Dwójka młodszego rodzeństwa, obydwoje studiują w Seattle. Czarna owca rodziny. – Przy jego ostatniej uwadze nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Może i wyglądał na mamisynka, ale z pewnością nim nie był.
– W wieku siedemnastu lat zapaliłam potajemnie trawkę, zostałam aresztowana i mój ojciec wyciągał mnie z aresztu o czwartej nad ranem. – Sama nie wiedziałam, dlaczego mu to powiedziałam. Normalnie nie chwaliłam się tym epizodem ze swojego życia.
– Jak miał na imię?
– Mój tata? – Zmieszana spojrzałam na Edwarda. – Charlie. Jakie to ma znaczenie?
– Nie twój tata. Facet, przez którego zajarałaś.
– Kto ci powiedział, że miało to cokolwiek wspólnego z jakimś chłopakiem? – Przełknęłam z trudem.
– Ty. Nie wyglądasz na kogoś, kto eksperymentowałby z narkotykami.
– To było prawie dziesięć lat temu. Ludzie się zmieniają.
– Nieprawda. Co to za jeden?
Imię wymsknęło mi się wbrew mojej woli. – Jake.
– Jake. – Wyglądał, jakby ostrożnie przetwarzał te cztery głoski. – To twój pierwszy chłopak?
– Wolałabym o nim nie rozmawiać. – Na samą myśl o Jake'u zadrżałam. Minęło ponad pięć lat, a ja wciąż nie mogłam o nim myśleć bez uczucia, że ktoś żelazną pięścią tamuje mi dopływ powietrza.
– Aż tak źle? – W spojrzeniu Edwarda widziałam teraz coś więcej niż ciekawość. Wyglądał na kogoś, kto wiedział, co to znaczy utracić kogoś, kogo się kocha.
Bez słowa przytaknęłam, szczelniej otulając się kurtką wokół klatki piersiowej. – On... Mieliśmy razem zamieszkać, razem studiować w Nowym Jorku. On... – Nie wiem, jak do tego doszło, ale było wpół do pierwszej, a ja siedziałam na lotnisku i opowiadałam zupełnie nieznajomemu mężczyźnie tragiczną historię mojego życia. Potrząsając głową, przerwałam wypowiedź.
– Ci, którzy nie wierzą, znają radości miłości, ale to ci, którzy wierzą, poznali jej tragedie.
Zirytowana rzuciłam mu zdziwione spojrzenie.
– Oscar Wilde – wyjaśnił. – Cholernie przenikliwy skurwysyn.
– Nie możesz cytować Wilde'a, a później nazywać go... – Nie mogłam zmusić się do powtórzenia tego słowa. – Nie możesz go tak nazywać.
– Dlaczego nie? Raczej by mu to nie przeszkadzało.
– Ja... Przypilnujesz, proszę, mojej torebki? – Nie czekając na odpowiedź, pospiesznie udałam się do toalety.
Małe, wyłożone białymi płytkami pomieszczenie było puste, jasno oświetlone migoczącą jarzeniówką, która nadawała mu nierzeczywisty klimat. Zmrużyłam oczy, przyzwyczajając je powoli do zdecydowanie zbyt ostrego światła.
Chociaż otoczenie było mało zachęcające, odetchnęłam głęboko, ochlapałam twarz zimną wodą i oparłam się plecami o drzwi jednej z kabin. Myślenie o Jake'u nie należało do przyjemności, tym bardziej mówienie o nim.
Naprzeciwko mnie wisiało jedno z tych typowych brzydkich luster, które często widuje się w publicznych toaletach. Wyglądałam blado, byłam zmęczona i sfatygowana. Brązowe włosy stanowiły mocny kontrast dla niemal białej skóry, a ciemne cienie pod oczami bezlitośnie uwidaczniały się w tym świetle. Oddałabym wszystko, aby być teraz w domu, w moim starym pokoju, z rodzicami za ścianą. Ale utknęłam w Nowym Jorku, najbardziej zwariowanym i jednocześnie najpiękniejszym mieście świata, z facetem, którego nie znałam, a który czytał mnie jak książkę.
Gdy dziesięć minut później wróciłam na swoje miejsce, Edward miał podciągnięte nogi, Tołstoja rozłożonego na kolanach i wydawał się pogrążony w lekturze. Ucieszyło mnie to. Czytając, nie mógł przynajmniej ze mną rozmawiać.
Jeszcze nie zdążyłam usiąść, gdy jego głos zburzył moje nadzieje na spokojną noc.
– Przepraszam, jeśli za bardzo na ciebie naciskałem.
– Już w porządku – wymamrotałam cicho, głównie po to, by ostatecznie zakończyć ten temat i zmusić go, by mnie zignorował.
– Jak może być w porządku, skoro uciekłaś? Naprawdę mi przykro.
– Jak każdemu. – Nie raczyłam na niego spojrzeć, co było pewnie nieuprzejme, ale nie obchodziło mnie to w tym momencie. Przez niego wróciły do mnie wszystkie wspomnienia Jake'a, naszego czasu razem, jego końca. Wspomnienia, które głęboko zakopałam.
– Czy on...
– Nie chcę o nim rozmawiać, w porządku? Ani słowa więcej – przerwałam mu.
– Jak chcesz. – Edward zamknął z trzaskiem książkę. Kątem oka widziałam, jak mierzy mnie uważnym spojrzeniem. – Ale wypieranie czegoś jeszcze nikomu nie pomogło.
– Kim ty jesteś, psychologiem? Myślałam, że przerwałeś studia – rzuciłam nieco zbyt ostro, jednak nie wyglądał na urażonego.
– Nie, nie jestem. Ale nie trzeba studiować, żeby widzieć czyjeś blizny.
– I? To jakiś problem? – Przechyliłam się w swoim siedzeniu na prawo, odwróciłam się do niego plecami i ułożyłam jak do snu. To nie była jego wina, zachowywałam się niesprawiedliwie, ale przecież mógł się po prostu zamknąć. Z nikim nie rozmawiałam o Jake'u, nawet ze swoimi rodzicami. Przez pierwsze lata próbowali mnie wspierać, ale tak długo udawałam, że wszystko jest w porządku, że dostałam to, czego chciałam – zostawili mnie w spokoju.
– Ile miał lat?
– Nie... moglibyśmy o tym nie... – Rzuciłam spojrzenie przez ramię i ujrzałam przed sobą twarz Edwarda. Nie emanował już zwyczajową ciekawością ani udawanym współczuciem, ale to z pewnością miało jeszcze nadejść. Zawsze tak było. – Był ode mnie o rok starszy.
– Nie, ile miał lat, kiedy...
– Dwadzieścia jeden. – Powoli wyprostowałam się na swoim siedzeniu, podciągnęłam kolana i objęłam je ramionami. – Miał dwadzieścia jeden lat.
– Jak to się stało? – Jeszcze nic nie powiedziałam, ale Edward zdawał się dokładnie wiedzieć, co spotkało Jake'a i mnie. Nie przeszły mnie ciarki; zareagował zupełnie inaczej niż wszyscy inni, którzy dowiadywali się o mojej historii. Niektórzy wyglądali, jakby to było dla nich za wiele, inni próbowali zmienić temat tak szybko, jak to tylko możliwe, a jeszcze inni udawali, że nic nie słyszeli.
– Wypadek samochodowy.
– Nienawidzisz go?
– Co? – Spojrzałam na niego skonsternowana. – Dlaczego?... – Położyłam głowę na kolanie i niepewnie nasłuchiwałam samej siebie, pozwalając sobie udać się do miejsc, których od lat unikałam. – Tak, czasem nienawidzę go za to, że zostawił mnie samą. – Z wahaniem spojrzałam na jego profil. – Brzmi zwariowanie, co?
– Miłość budzi nienawiść. Jedno łączy się z drugim. – Edward uśmiechnął się do mnie zachęcająco. – Masz prawo być wściekła. Na tego na górze, na los, a także na swojego chłopaka.
– Nie jest już moim chłopakiem. – Po raz pierwszy opowiadałam komuś o tym, co zrobiłam przed trzema laty. – Pożegnałam się z nim, uwolniłam go.
Edward bawił się swoimi okularami. – Pomogło ci to?
– Tak, myślę, że tak. Po tym było już tylko łatwiej. Już nie czekałam każdego dnia, aż pojawi się w drzwiach. Wiedziałam, że to niemożliwe, ale...
– Ale nadzieja jest zdradliwym gnojem. – Rozciągnął usta w dwuznacznym uśmiechu, a ja przytaknęłam.
– Można tak powiedzieć. Tobie też się to zdarzyło? To znaczy, straciłeś kogoś?
– Niedokładnie. Nie tak jak ty. – Wyciągnął z torby puszkę coli i podsunął ją w moim kierunku. Była ciepła i brązowy napój z pewnością smakował obrzydliwie, ale właśnie tego potrzebowałam.
– Dziękuję.
– Gdy zacząłem studia... straciłem siebie, co pewnie wydaje ci się teraz okropnie głupie, ale stałem się wtedy kimś, kim nie chciałem być. – Po raz pierwszy wydał mi się niepewny. Wzrok utkwił w Tołstoju.
– Co studiowałeś?
– Zgadnij. – Powrócił z uśmiechem i pewnością siebie.
– Nie ma mowy. Nie jestem w tym tak dobra jak ty.
– Więc miałem rację? Literatura?
– Tak. To dość niepokojące, że to po mnie widać. – Nie miałam pojęcia, jak powinni wyglądać studenci literatury, ale widocznie byłam prototypem. Niewątpliwie niepokojące.
– To nie znaczy, że jesteś nudna. Jesteś po prostu... – Przez chwilę się namyślał. – Wyglądasz na kogoś, kto kocha książki.
– Jak mol książkowy?
– Może być. Pewnie o mnie można by powiedzieć to samo. – Edward zamachał okularami.
– Nie, nie wyglądasz na mola książkowego. – Jak na faceta, kto zakopywał się w książkach, promieniował zadziwiającą radością życia. Nie wyglądał na kogoś, kto musiałby przedkładać towarzystwo fikcyjnych postaci nad prawdziwych ludzi.
– Na kogo więc wyglądam? – Albo mi się przywidziało, albo mrugnął.
Mój wzrok powędrował od jego butów poprzez sprane dżinsy i wymiętą niebieską koszulę do bałaganu na głowie. Wyglądał na artystę. Malarza, może muzyka. – Nie mam pojęcia, co mógłbyś studiować. Ekonomię? – strzeliłam, chociaż wiedziałam, że prawdopodobnie się mylę. Powiedział, że zajmował się czymś, co nie było jego powołaniem, ale ekonomii zupełnie się po nim nie spodziewałam. Studentów ekonomii można było rozpoznać z odległości stu metrów.
– To był cios poniżej pasa. – Udał, że się schyla i łapie za brzuch. – Nie, nie ekonomię. – Edward wykrzywił ze wstrętem twarz. – Medycynę.
– Łał – wyrwało mi się ze zdziwienia. To musiało oznaczać, że był cholernie inteligentny.
– Tylko nie to. – Przewrócił oczami. – Wszystkie kobiety wyglądają tak dziwacznie, gdy im o tym opowiadam. Żaden ze mnie Doktor House czy ten, jak mu tam, McDreamy.
Faktycznie nie był podobny do Hugh Lauriego, a chociaż nie wyglądał jak Patrick Dempsey, z pewnością byłby równie zachwycający w kitlu lekarskim. – Doktor Ross. On by do ciebie pasował.
– Kim jest Doktor Ross?
– Nie widziałeś nigdy Ostrego dyżuru, co?
– Powinienem? Moja siostra lubi taki szajs, ale mnie zawsze udawało się od tego wykręcić.
– Przynajmniej jedna osoba w twojej rodzinie ma dobry gust. – Może posunęłam się za daleko, ale rozmawiało się z nim tak łatwo, a poza tym nie wyglądało na to, by przeszkadzał mu mój kpiarski ton.
– Nie mówiłabyś tak, gdybyś ją poznała. Alice jest... Alice to po prostu Alice. Wiem – roześmiał się cicho – to nic nie wyjaśnia, ale trzeba ją poznać, żeby wiedzieć, o co chodzi.
– Jesteście ze sobą blisko?
– Tak, chociaż zupełnie się różnimy. Alice jest częścią mnie, bez której bym sobie nie poradził. Myślę, że działa to też w drugą stronę.
– Musisz więc na siebie uważać, żeby nie umrzeć w wieku dwudziestu siedmiu lat. – Próbowałam być zabawna, ale słowa uwięzły mi w gardle, gdy zobaczyłam wyraz jego twarzy.
– Bardzo bym tego nie chciał. – Oczy miał na wpół zamknięte, wydawał się zamyślony, jakby coś sobie przypominał, a ja pożałowałam swojej uwagi jeszcze bardziej. – Alice mnie potrzebuje.
– Jasne, oczywiście – odpowiedziałam szybko. – Przepraszam, nie chciałam...
– Zauważyłaś, że ciągle się przepraszamy? Dajmy sobie z tym spokój. Nie powiedziałaś nic złego. Okej?
Przytaknęłam ostrożnie: – Okej. – Aby zakończyć tę dziwną rozmowę, wzięłam łyk naprawdę ciepłej coli, a następnie wyciągnęłam ją w jego kierunku. Nie każdy lubił pić z tej samej puszki, szczególnie dzielonej z nieznajomym – ja przynajmniej nigdy tego nie robiłam – ale w końcu to był jego napój. Zastanawiałam się, czy jako były student medycyny pomyślał o ewentualnych chorobach zakaźnych, o których na pewno dobrze wiedział, ale on już wziął puszkę z mojej ręki i podetknął ją sobie do ust. To by było na tyle, jeśli chodzi o bezpieczeństwo.
– Masz rodzeństwo?
Potrząsnęłam głową. – Nie, jestem jedynaczką.
– Myślę, że więź z rodzeństwem to jedna z najbliższych relacji, jaką można z kimkolwiek zawrzeć. – Edward odstawił puszkę na podłogę i przejechał ręką po włosach. Widać było, że jest zmęczony, ja sama też prawie zasypiałam. – Mówi się, że to bliźniaki mają ze sobą szczególną więź, ale Alice i ja... – Nie potrafiłam tego zrozumieć: ja, która wychowałam się tylko z rodzicami. – Nie ma na świecie nikogo, kto byłby ode mnie tak różny, ale też nikogo, kogo bym mocniej kochał. – Przez twarz przemknął mu delikatny uśmiech. – Nie powinienem się do tego przyznawać, hm? Facet, który ubóstwia swoją młodszą siostrzyczkę.
– Nie, nie – odparłam pospiesznie. – Brzmi to tylko tak, jakbyś opisywał idealny związek.
– Jest coś takiego? Idealny związek?
– Nie wiem – przyznałam. – Myślałam, że sama taki miałam, ale gdyby był taki idealny, nie... – urwałam.
– To nie skończyłby się tak szybko? – dokończył za mnie Edward, a ja przytaknęłam powoli. – Czy idealnie musi być na zawsze? Czy nie jest to raczej krótkotrwałe?
– Może. Ale czy szczęście nie powinno trwać dłużej? – Straciłam Jake'a, zanim jeszcze nasze życie zaczęło się na dobre – w chwili, gdy wszystko wydawało się jeszcze możliwe, gdy wydawaliśmy się sobie nieśmiertelni. To wtedy stałam się ateistką. Gdyby istniał Bóg, zabrałby mnie do siebie, gdy skończyłam dwadzieścia lat. Przecież byłoby to dla niego takie łatwe – skończyć ten koszmar, jakim przez długi czas było moje życie.
– Nic nie trwa wiecznie. Każda chwila po sekundzie staje się przeszłością. Może i nie jesteście dzisiaj razem, ale może i tak wszystko wyglądałoby inaczej.
Edward spojrzał na mnie, a ja chciałam na niego nawrzeszczeć za to, że miał czelność powiedzieć mi w twarz, że Jake i ja ewentualnie i tak moglibyśmy nie mieć wspólnej przyszłości, nawet gdyby nadal żył, jednak nie mogłam. Miał rację.
– Nie ma nic pewnego. Już się o tym nie przekonam. – Po raz pierwszy ktoś powiedział to, co pewnie wszyscy myśleli. To była nastoletnia miłość, nikt nie wiedział, czy przetrwałaby próbę czasu. Gdzieś głęboko wierzyłam, że tak właśnie by było, jednak nie mogłam przecież tego wiedzieć.
– Opowiedz mi o nim – powiedział cicho Edward, a ja chciałam gwałtownie zaprotestować.
– Nie mogę.
– Możesz. – Spojrzał na mnie ciepło. To nie zwyczajowy głód sensacji skłonił go do zadania tego pytania. Wiele osób pytało mnie o moją historię, ponieważ byłam pośród nich czymś na kształt obcego. Bo ilu było takich, którzy już w wieku dwudziestu sześciu lat mogli powiedzieć, że stracili miłość swojego życia? – Jaki on był? Mol książkowy jak ty?
– Nie. – Nie mogłam powstrzymać uśmiechu, próbując to sobie wyobrazić. – Jake nigdy nie dzielił mojej miłości do książek. Był kimś, kto twardo stąpał po ziemi, to ja marzyłam za nas oboje.
– Ale mieliście wspólne marzenia?
– Tak. – Wspomnienia nie bolały już tak jak na początku, ale nawet najpiękniejsze obrazy, jakie napływały do mojej pamięci, były przesiąknięte goryczą, której nigdy nie udało mi się pozbyć. – Na początku nie mogliśmy siebie znieść, ale w pewnym momencie... wszystko się zmieniło. Byliśmy jak dwa pasujące do siebie puzzle.
Edward zawahał się, zanim się odezwał. – Byłaś szczęśliwa.
– Hmm – to wszystko, co mogłam powiedzieć. Emocje ściskały mi gardło.
– Byłaś od tamtego czasu jeszcze kiedyś szczęśliwa? Przez moment?
Czy byłam? Zdarzały się dobre dni, wiele dobrych dni. Ale zbyt często miałam wyrzuty sumienia – nadal oddychałam, żyłam, podczas gdy Jake... – Tak, myślę, że tak. Czasami.
– Dziękuję.
– Za co? – Ten osobliwy facet siedzący obok coraz bardziej mnie zaskakiwał.
– Za szczerość. – Na szarą podłogę terminalu z głuchym łoskotem spadł Tołstoj, który zsunął się z jego kolan. Kilka osób rzuciło Edwardowi rozwścieczone spojrzenie. – Może powinienem po prostu dać sobie z tym spokój – zastanawiał się głośno, w jego głosie słychać było zmęczenie.
– Skoro tak ci się nie podoba, to po co to czytasz? Mógłbyś przecież zabrać się za coś innego.
– Ale Tołstoj widnieje na liście. – Musiał zauważyć, że nie bardzo rozumiem, bo zaczął mi wyjaśniać:
– Jest taka lista, którą stworzyłem z moją siostrą, kiedy mieliśmy po szesnaście i osiemnaście lat. Znajdują się na niej rzeczy, które obydwoje chcielibyśmy zrobić, zanim umrzemy. Miejsca, które chcielibyśmy w swoim życiu zobaczyć.
– A Tołstoj...
– Był pomysłem Alice – roześmiał się cicho. – Ale chcę to zrobić. Na liście znajdują się tak wielkie rzeczy, że przetrzymam jakoś Tołstoja.
– Co jest na tej liście?
– Chcesz ją zobaczyć? – Jeszcze zanim zdążyłam odpowiedzieć, Edward wyciągnął z plecaka sfatygowany czarny notes. – Oto lista.

__________
*Za Wikipedią: Izraelski showman, dla sceptyków iluzjonista, dla zwolenników – osoba mająca zdolności paranormalne. (przyp. tłum)


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Robaczek dnia Śro 18:30, 24 Lip 2013, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
Diablica
Nowonarodzony



Dołączył: 24 Kwi 2013
Posty: 2
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Podkarpacie

PostWysłany: Sob 16:31, 13 Lip 2013 Powrót do góry

Podoba mi Twoje tłumaczenie. Od dłuższego czasu poszukuje w internecie czegoś, co nie będzie, tak jak większość opowiadań, przesłodzonymi historyjkami. Cieszę się, że trafiłam akurat na to. Życzę ci wytrwałości w dalszym tłumaczeniu.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
seska
Dobry wampir



Dołączył: 19 Mar 2009
Posty: 864
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 21 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pią 20:41, 19 Lip 2013 Powrót do góry

Okej, żeby nie być gołosłowną, odmeldowuję swoją obecność.

Jak widać, akcja powoli rozkręca się. Poznajemy historię Belli, zakładam że nieco okrojoną i później dowiemy się więcej szczegółów, Edward przekazał nieco informacji o sobie. Brak Jake'a nie przeszkadza mi, powiem okrutnie Wink To jedna z najmniej lubianych przeze mnie postaci w sadze, dlatego brak jego osoby podoba mi się.
Intryguje mnie owa lista, bardzo jestem ciekawa kolejnych punktów. Mam nadzieję, że znajduje się na niej coś spektakularnego, chociaż może nie pomysł na przelotny seks - z poznaną na lotnisku osobą Wink
Zastanawia mnie też przedział czasowy, w jakim będzie zawarty cały fic. Liczę, że nie będzie to historia jednej nocy, bo teoretycznie byłoby to chyba nierealne. Sądzę, że część punktów do zrealizowania Edward i Bella wykonają wspólnie - jednakże skoki na bungee czy spadochronowe są poza moim kręgiem zainteresowań ze względu na swoją banalność i powszechność Wink Ciekawa jestem też innych postaci, sama Alice i Charlie to za mało Cool


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
magdalina
Dobry wampir



Dołączył: 25 Wrz 2009
Posty: 786
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 35 razy
Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Łódź

PostWysłany: Wto 11:45, 23 Lip 2013 Powrót do góry

Jestem i ja Laughing
przede wszystkim mam nadzieję Robaczku że nie porzucisz tego tłumaczenia... Nie cierpię sytuacji gdy polubię nastrój opowiadania, zwiążę się z historią a potem wyczekuję tygodniami czy miesiącami na kontynuację...
Co do samego opo to: prolog był rzeczywiście króciutki i zbyt wiele możliwości rozwoju sytuacji jawiło się w mojej głowie. Po rozdziale powoli krystalizuje się kierunek, w którym będzie się rozwijała historia.
Bella po przejściach? hmmm po prologu myślałam, że z pewnym bagażem będzie jednak Edward. A tu taka niespodzianka Razz
Facet jest niesamowicie wnikliwym i inteligentnym obserwatorem - lubię choć o takich czytać. Pewnikiem nie tylko Bella chowa coś w rękawie na co z niecierpliwością czekam
dawno nic nie komentowałam i wyszłam z wprawy ( choć nigdy nie byłam w tym dobra) więc przepraszam że króciutko i tak, tak jakoś... tak czy siak - Wielkie dzięki za tłumaczenie


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Robaczek
Moderator



Dołączył: 03 Sty 2009
Posty: 1430
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 227 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Śro 20:17, 24 Lip 2013 Powrót do góry

Dziewczyny, pięknie dziękuję za komentarze, bardzo mnie ucieszyły.
Seska, więcej o liście dowiadujemy się w kolejnym rozdziale. Jeśli chodzi o przedział czasowy, to niestety muszę Cię rozczarować: większość fika rozgrywa się właśnie na lotnisku.
Magdalina, nie zamierzam porzucać tłumaczenia, w żadnym razie, choć nie wiem, jak często będą pojawiały się dalsze rozdziały, ponieważ wyjeżdżam, o czym napiszę przy rozdziale drugim. Cieszę się, że tu wpadłaś!
Do przeczytania, dziewczyny.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Robaczek dnia Śro 20:18, 24 Lip 2013, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
losamiiya
Dobry wampir



Dołączył: 27 Lis 2009
Posty: 1767
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 212 razy
Ostrzeżeń: 1/3
Skąd: Mexico City.

PostWysłany: Czw 17:25, 25 Lip 2013 Powrót do góry

Heeeej, jestem i spóźniona ja!
Spóźniona, choć czytałam rozdział już parę dni temu, ale nie mogłam się wcześniej skupić. Dopiero ponowne przeczytanie już nasunęło mi jakieś myśli, którymi się podzielę Wink

Okej, wiem, że Bella nie będzie moją ulubioną bohaterką, bo pomimo całej historii, która jest niezwykle opisana, tak prosto, ale czuć płynące z niej odczucia, to sama Bella jest taka... denna i nijaka.
Jej próba odgadnięcia, kim może być Edward, całe to zastanawianie się nad rzeczami, na które nie ma czasu się zastanawiać...
no bo przecież

seska napisał:
Zastanawia mnie też przedział czasowy, w jakim będzie zawarty cały fic. Liczę, że nie będzie to historia jednej nocy, bo teoretycznie byłoby to chyba nierealne.


that's the point! Cała ta historia zaczyna się w taki sposób, jakby miała to być historia jednej nocy... Choć myślę, że pewnie tak nie będzie, to jednak to ten klimat i mnie osobiście bardzo by się to podobało.

Wszystkie do zrealizowania punkty... to coś, nad czym człowiek nie zastanawia się na przestrzeni lat, czy miesięcy. We wszystkim tym chodzi właśnie o spontaniczność i fakt, że to tylko chwile kształtują spontaniczność i wszelką tajemniczość tego opowiadania Wink

do następnego- może mniej spóźnionego,
ściskam! x

ps. Robaczku, masz bardzo piękny avatar! ; )


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez losamiiya dnia Czw 17:27, 25 Lip 2013, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Robaczek
Moderator



Dołączył: 03 Sty 2009
Posty: 1430
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 227 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Sob 22:19, 27 Lip 2013 Powrót do góry

Wiem, że się powtarzam, ale jeszcze raz dziękuję Wam za komentarze. To bardzo miłe wiedzieć, że ktoś docenia Twoją pracę, no.

Zanim zaproszę Was do lektury kolejnego rozdziału, małe ogłoszenie.
W związku ze sprawami osobistymi wyjeżdżam na sześć miesięcy w miejsce, w którym mogę mieć ograniczony dostęp do komputera i Internetu. Oczywiście postaram się tłumaczyć i dodawać kolejne rozdziały, kiedy tylko będę mogła, chciałam Was jednak ostrzec, że może to być nieco utrudnione. Dlatego też jeśli rozdziały będą pojawiały się z lekkim poślizgiem, nie oznacza to w żadnym razie, że zarzucam tłumaczenie, a jedynie że zmagam się z pewnymi trudnościami technicznymi.
Liczę na Waszą cierpliwość i wyrozumiałość – również dlatego, że czeka nas teraz miesięczna przerwa. Przykro mi, ale wiem już, że przez ten miesiąc nie będę miała dostępu do komputera.

Za świetną betę dziękuję Dzwoneczkowi, bez której nie wyobrażam sobie tego tłumaczenia.

Pozdrawiam i do przeczytania za miesiąc!



2.
PRZEBIJ SIĘ (NA DRUGĄ STRONĘ)
BREAK ON THROUGH (TO THE OTHER SIDE)


Wiesz, że dzień niszczy noc,
Noc dzieli dzień.
Próbowałeś uciec,
Próbowałeś się ukryć.
Przebij się na drugą stronę,
Przebij się na drugą stronę,
Przebij się na drugą stronę, o tak.

Tutaj ścigaliśmy nasze przyjemności,
Tam kopaliśmy nasze skarby.
Ale czy wciąż przypominasz sobie
Czas, gdy płakaliśmy?
Przebij się na drugą stronę,
Przebij się na drugą stronę.
    You know the day destroys the night,
    Night divides the day.
    Tried to run,
    Tried to hide.
    Break on through to the other side,
    Break on through to the other side,
    Break on through to the other side, yeah.

    We chased our pleasures here,
    Dug our treasures there.
    But can you still recall
    The time we cried.
    Break on through to the other side,
    Break on through to the other side.


    — The Doors – Jim Morrison, Break on through (to the other side) (1967)

Neil Young, My My, Hey Hey

Neil Young, Sleeps with angels*


Notes wyglądał tak, jakby miał go w rękach już milion razy. W niektórych miejscach oprawa była wytarta, a rogi poobijane. Na przedniej stronie widniały dwie litery nabazgrane szybkim, wytartym już pismem. A & E.
– Alice i Edward?
Przytaknął głową, a ja niepewnie obracałam notes w dłoniach. Właśnie zamierzałam mu go oddać, nie chcąc naruszać cudzej prywatności, jednak Edward chyba odgadnął moje myśli: – Spokojnie możesz go przejrzeć, jeśli chcesz.
– Okej. – Z wahaniem otworzyłam zeszyt. Strony były nieco pożółkłe, przypominały o wielokrotnym przeglądaniu. Trzymałam w rękach coś, co znaczyło dla kogoś bardzo wiele.
Pismo, w przeciwieństwie do mojego, było schludne, wręcz pedantyczne, każda kreska zdawała się być na właściwym miejscu. Litery wyglądały wręcz na namalowane.
Już na pierwszej stronie znalazłam Tołstoja. Pod nim znajdował się punkt, który starannie przekreślono. – Widziałeś zorzę polarną**?
– Tak, ale nie było to jakieś wielkie wyzwanie. – Roześmiał się cicho. – Wydaje się to nadzwyczajne, ale gdy mieszka się blisko Alaski, to nic wielkiego.
– I jak? – Byłam naprawdę ciekawa. Najbardziej emocjonujące zjawisko pogodowe, jakie widziałam, to tęcza nad Central Parkiem.
– Było… – Edward zdawał się szukać właściwych słów – …ekscytująco, ale trudno to opisać. W takiej chwili zdajesz sobie sprawę, jak wiele jest na świecie niesamowitych rzeczy. To coś nierzeczywistego, niemal sztucznego. Ale żaden artysta nie wymyśliłby czegoś tak pięknego.
– Widziałeś to ze swoją siostrą?
– Alice… Nie, nie było tam Alice.
– Dlaczego…
– Nie czytasz dalej? – przerwał mi. Było jasne, że nie chciał rozmawiać o tym, dlaczego choć stworzyli tę listę razem, ten punkt zrealizował bez niej.
– Nie, czytam. – Przewróciłam powoli na następną stronę. – Brałeś udział w bójce? – Ten punkt również przekreślono. Moje zmęczenie zniknęło w mgnieniu oka. – Bijesz się?
– Ehm, nie. Niezbyt często. Wyglądam na jakiegoś awanturnika? – Przerażony wyraz mojej twarzy zdawał się nie robić wrażenia na Edwardzie, który dalej wyszczerzał się w szerokim uśmiechu.
– Niezbyt – przyznałam. Nie wyglądał wprawdzie, jakby nie potrafił się obronić, gdyby zaszła taka konieczność, ale nie tak wyobrażałam sobie typowego zawadiakę. – To dlaczego to jest na liście? Czy to było naprawdę konieczne?
– Lista powstała, gdy miałem osiemnaście lat. – Wzruszył ramionami, tak jakby to wszystko wyjaśniało. – Nie była wcale takim złym pomysłem. Dzięki taki rzeczom dochodzisz do tego, co jest naprawdę ważne.
– I właśnie bójkę uznałeś za ważną?
– Chyba tak. Na pewno nie ma w tym nic pięknego, kiedy dwumetrowy pijany wyrostek łamie ci szczękę, ale to w takich chwilach wiesz, że żyjesz. Bez żadnych zahamowań.
– To na pewno. – Zarówno mój ton, jak i słowa były przesiąknięte sarkazmem. – Ale musiało boleć.
Roześmiał się cicho, prawdopodobnie nie chcąc znowu zdenerwować innych podróżnych. – To nie o to chodzi. Jasne, nie było przyjemnie, ale w tamtym momencie byliśmy tylko on i ja. Nie da się tego opisać.
– Pewnie nie, bo to pomyłka.
– Zaproponowałbym ci, żebyś sama spróbowała, ale nie wyglądasz na kogoś, kto wdawałby się w bójki. – Wokół jego oczu utworzyły się małe zmarszczki, a te nawet w półcieniu połyskiwały tak intensywnie zielonym blaskiem, jaki rzadko spotyka się u ludzi.
– Spasuję. Wolę mój nos takim, jakim jest. – Punkt pod bójką był jeszcze niezrealizowany. – Delfiny?
Edward wykrzywił się z zakłopotaniem. – Pomysł Alice.
– To w sumie słodkie. Pływać w morzu z delfinami. Coś w tym jest. – Wyobraziłam sobie krystalicznie czystą wodę, białą plażę i palmy.
– No tak, miała szesnaście lat, wtedy ma się takie pomysły.
– Podoba mi się. Na pewno jest lepsze od bójek. – Wolno kartkowałam dalej.
Następna strona sprawiła, że zaczerwieniłam się ze wstydu. Nie spodziewałam się tego, co przeczytałam, i już zamierzałam to zignorować, gdy Edward przysunął się bliżej i zajrzał do swojego notesu. – Ravel jest świetny.
– Tak – rzuciłam krótko. Nie mogłam zdobyć się na więcej.
– Zszokowało cię to? – Edward przechylił puszkę coli do ust.
– Nie, nie – skłamałam niezbyt przekonująco. Pochodziłam wprawdzie z Phoenix, ale w sercu byłam dzieciakiem z małego miasteczka. Otwartość i swoboda nowojorczyków nadal mnie przerażała, tak jak i Edward w tym momencie.
– Powinnaś tego spróbować.
– Czego? – zapytałam stanowczo za wysokim głosem i chrząknęłam.
– Seksu do Bolera Ravela. – Wydawał się naprawdę dobrze bawić, widząc moją dziecinną reakcję. Miałam w końcu dwadzieścia sześć lat, z pewnością uprawiałam już w swoim w życiu seks, ale rozmowa na ten temat nie była dla mnie łatwa. Pewnie uważał, że jestem zażenowana, i chyba faktycznie byłam.
– To bardzo zmysłowy utwór – dodał, zanim wziął kolejny łyk coli.
– Hmm, na pewno wiesz, o czym mówisz. – Seks do Bolera Ravela był przekreślony, co w zasadzie nie powinno być zaskoczeniem. Nawet jeśli Edward był na swój sposób dziwny, miał w sobie coś, dzięki czemu kobiety z pewnością rzucały mu się do stóp. Tak przynajmniej zakładałam.
– Przykro ci? Jeśli to cię uspokoi, nic dla mnie nie znaczyła, skarbie. – Nawet niezbyt lekkie uderzenie w ramię nie przerwało jego śmiechu.
Myślałam, że spalę się ze wstydu, chociaż to jemu powinno być niezręcznie. To w końcu on dzielił się szczegółami swojego życia seksualnego z nieznajomą. – Zachowujesz się tak, jakbyś wyczytała, że chciałbym zostać wychłostany.
To pewnie wcale by mnie tak nie zszokowało. Chociaż… może. – Jestem po prostu… zaskoczona.
– Dlaczego? Tak trudno uwierzyć, że kobiety się ze mną zadają?
– Nie, oczywiście, że nie – zająknęłam się. – Bardzo cię to bawi, co?
– Właściwie to tak. – Wyciągnął w moim kierunku colę, jednak zaprzeczyłam ruchem głowy. – Jak na kogoś, kto mieszka w tym zwariowanym mieście, jesteś dość pruderyjna.
– Nie jestem…
– Jesteś, jesteś – przerwał mi.
– Nieprawda. – Może i nie byłam Madame Pompadour, ale też nie byłam jakąś zasuszoną starą panną, która czerwieni się na sam dźwięk słowa „seks” – przynajmniej nie od razu.
– Okej, masz rację, przyjmijmy, że mówisz prawdę. Co było twoim najbardziej ekscytującym przeżyciem? – Edward wydawał się przekonany, że nie miałam żadnych argumentów – słyszałam to w jego głosie. I miał rację. Cholera, naprawdę miał rację.
Co miałam mu opowiedzieć? Jak w szóstej klasie grałam w butelkę i był to pierwszy i jedyny raz, gdy pocałowałam kogoś, kogo praktycznie nie znałam? Fascynująca historia. Wyśmiałby mnie.
– Nic nie przychodzi ci do głowy, co? – Był rozbawiony i nie mogłam mieć mu tego za złe.
– Nic, co konkurowałoby z Ravelem.
– Żadnych macanek na tylnym siedzeniu samochodu? Żadnego obściskiwania się pod trybunami?
– Nie. – Pokręciłam głową. – Dobrze zgadłeś. Jestem dobrą dziewczynką.
– Nigdy nie myślałaś o tym, żeby się wyłamać? Zrobić coś, czego nikt się po tobie nie spodziewa?
– Tak jak ty?
Edward wzruszył ramionami. – Wydaje mi się, że to nie było aż tak nieoczekiwane dla mojej rodziny. Pewnie dlatego, że nigdy nie robiłem tego, czego się po mnie spodziewano.
– Ale medycyna? To marzenie wszystkich rodziców.
Zacisnął usta w wąską linię. – Tak pewnie było, dopóki nie rzuciłem tego w diabły.
– Dlaczego w ogóle to studiowałeś, skoro nie chciałeś?
– Bo byłem głupi. Głupi, młody, łatwo ulegający wpływom. Mój ojciec jest lekarzem, więc czego można chcieć więcej, jak pozwolić najstarszemu synowi pójść w swoje ślady?
– Nie masz dobrego kontaktu z rodzicami? – Było to coś, czego nie potrafiłam sobie wyobrazić. Renée od zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, a mój tata, Charlie, był najcudowniejszym facetem na świecie. Od urodzenia byłam córeczką tatusia i nie sądzę, by to miało się kiedykolwiek zmienić.
– Nie, wręcz przeciwnie. Są świetni, obydwoje, ale inaczej wyobrażają sobie moje życie, niż ja sam. – Edward zapraszającym gestem wskazał na notes, wyraźnie chcąc zmienić temat, ale nie miałam zamiaru dać się tak szybko zbyć.
– A Alice? Dobrze się rozumiecie?
O ile to w ogóle możliwe, w jego spojrzeniu pojawiła się jeszcze większa rezerwa. – Jestem tutaj sam, to chyba wszystko wyjaśnia.
Może i miał rację. Ostrożnie kartkowałam dalej. – Chciałbyś zbudować domek na drzewie? – Oczekiwałam większych rzeczy: lotu na księżyc albo wyprawy na Arktykę.
– Tak. – Powrócił radosny Edward. – W dzieciństwie zawsze chcieliśmy taki mieć, ale mój tata, jak pamiętasz – lekarz, zawsze miał coś przeciwko. Mogliśmy przecież spaść i się zranić. – Przewrócił oczami, tak jakby było to niemożliwe.
– A gdzie chciałbyś go zbudować?
– Jeszcze nie wiem. Ale coś wymyślę. Od biedy nada się ogród moich rodziców.
– Hmm. – Zamierzałam przeczytać kolejny punkt, ale Edward mi w tym przeszkodził.
– Słuchaj, zdradzisz mi swoje imię? Siedzimy tu już od kilku godzin, rozmawiając, dobrze byłoby więc wiedzieć, z kim spędzam noc. – Mrugnął do mnie, ja jednak przemilczałam tę dwuznaczną uwagę.
– Isabella, ale wolę Bellę.
– Bella. Piękne imię. Pasuje do ciebie.
Jak dobrze, że terminal był tak słabo oświetlony; przy odrobinie szczęścia nie mógłby zauważyć, że przybrałam odcień czerwieni. – Dziękuję – wymamrotałam pod nosem.
– A więc, Bella, co teraz robimy? Masz ochotę jeszcze poczytać czy wolisz uciec ze mną na chwilę z tego piekła? – Z uśmiechem wskazał na kieszonkę z przodu swojej koszuli, skąd wystawała paczka papierosów.
Nie byłam wprawdzie zwolenniczką palenia, ale nie byłoby tak źle rozprostować trochę nogi. O śnie i tak nie mogłam marzyć. – Świeże powietrze dobrze by mi zrobiło.
– Okej. – Edward podniósł się gładko, wręcz z gracją, i spojrzał na mnie zachęcająco. Powoli do niego doczłapałam.
– A torby? – Już chciałam się cofnąć, gdy mnie zatrzymał.
– Nikt ich nie buchnie.
– Jesteś pewien? – Nie dzieliłam jego optymizmu. Każdy normalny człowiek wiedział, jak często dochodziło do kradzieży na nowojorskich lotniskach.
– Choć raz zaryzykuj. Co może się w najgorszym wypadku wydarzyć? Ktoś zabierze twoją torbę i stracisz kilka t-shirtów. To nie koniec świata.
– Bo chodzi o moje koszulki, nie twoje – wymamrotałam na tyle cicho, że Edward mnie nie usłyszał.

Lotnisko LaGuardia nie było na szczęście tak rozległe jak JFK. Startowały i lądowały tu tylko loty krajowe. Posiadało jedynie cztery terminale, a całość była mniejsza, szybsza do przemierzenia i bardziej przypominała prowincjonalne lotniska na jakimś wygwizdowie. Pozostawaliśmy jednak w Nowym Jorku, o czym przypominały mi hałasy, które doszły do mnie, gdy wyszliśmy na zimną noc.
Wiał lodowaty wiatr, a temperatura musiała spaść poniżej zera. W ciemności wyraźnie widziałam parę wydobywającą się z moich ust.
Ciaśniej otuliłam się kurtką, gdy podszedł do mnie Edward, ubrany jedynie w cienką koszulę.
– Nie jest ci zimno?
– W zasadzie nie. – Wyciągnął z kieszeni papierosy, zapalił jednego i głęboko się zaciągnął. Wyglądał przy tym tak, jakby znajdował się na ciepłej plaży, a nie w lodowato zimnym Nowym Jorku.
– Chcesz? – Rzuciłam mu spojrzenie z wysoko uniesionymi brwiami. – Okej, rozumiem, że nie.
Kilka metrów od nas stały zaparkowane pojedyncze taksówki. Musiało się rozejść, że komunikacja lotnicza tej nocy była sparaliżowana, nic więc dziwnego, że większość kierowców udała się do miasta. Tylko kilku z nich próbowało tu swojego szczęścia – być może uda im się odwieźć do domu część zdenerwowanych podróżnych, którzy nie zamierzali spędzać wielu godzin w terminalu.
Głos Edwarda przełamał nasze milczenie:
– Znasz tę piosenkę?
– Jaką… – Ale wtedy ją usłyszałam. Pewnie wydobywała się z jednej z taksówek, cicho, lecz jeśli dobrze się wsłuchać, można było rozpoznać przepiękną melodię. – Neil Young? – Nie byłam pewna, zgadywałam.
– Jestem pod wrażeniem. Tak, to Neil. – Edward oparł się obok mnie o ścianę, zgiął jedną nogę i zamknął oczy. – Uwielbiam ten kawałek.
– Jest strasznie smutny.
– Ale prawdziwy.

It’s better to burn out than fade away. — Lepiej spłonąć niż powoli wyblaknąć.

– Powoli blakniemy? Tak uważasz? – Nie byłam pewna, czy zgadzam się z Edwardem.
– Od momentu narodzin umieramy. Z każdą mijającą sekundą. – Ponownie otworzył oczy i spojrzał na mnie. – Teraz jesteśmy bliżej śmierci niż kiedykolwiek wcześniej.
– Czy nie dlatego powinniśmy się starać, aby wyciągnąć z życia to, co najlepsze, i na siebie uważać?
– To jedna możliwość. Możemy też nie dać się zastraszyć i przyjmować wszystko, co daje nam życie.
Jego spojrzenie było niemal hipnotyzujące. Nie mogłam uwolnić się od ciepłej zieleni jego oczu: odzwierciedlały każde słowo, które wypowiadał, a wyglądało na to, że naprawdę w nie wierzył.
– Ale muszą to być od razu delfiny? Co z małymi rzeczami?
– Czym są dla ciebie małe rzeczy?
Może brzmiałam patetycznie, ale wierzyłam w to, że w życiu chodzi nie tylko o wielkie czyny. – Miłość?
Roześmiał się chicho. – Miłość nie jest czymś małym. W porównaniu z miłością zorza polarna wydaje się bez znaczenia.
– Byłeś kiedyś… kochałeś kiedyś kogoś tak naprawdę?
– Nie wiem. Ale jeśli muszę się zastanawiać nad odpowiedzią, chyba oznacza to, że nie. – Wyjął z paczki kolejnego papierosa i go zapalił. – Miłość zniewala. Jest jak niewidzialna kula, którą wszędzie ze sobą ciągniesz. Wydaje mi się, że całkiem dobrze radzę sobie bez niej.
– Bo nie musisz być za nikogo odpowiedzialny. Rozumiem. – Dla mnie miłość, a przynajmniej jej idealne wyobrażenie, była czymś, co motywowało, nie zaś paraliżowało.
– Może. Bardziej się boję, że ta odpowiedzialność by mi się spodobała. – Posłał mi łagodny uśmiech, po czym rzucił papierosa na ziemię i go przydeptał. – Jeśli jutro zdecyduję się wyjechać, nie będę musiał pytać nikogo o pozwolenie.
– Czy nie jest tak, że gdy się kogoś kocha, decyduje się wspólnie?
– Dokładnie. – Przytaknął. – Właśnie tego nie chcę.
– To popieprzone, wiesz o tym? Nie możesz wiedzieć, czego chcesz, a czego nie, jeśli tego nie spróbowałeś.
– Jeśli załatwisz mi na szybko jakąś kobietę, która mnie kocha, możemy się przekonać. – Wyszczerzył zęby, chwycił mnie za ramię i wciągnął z powrotem do budynku. – Chodź, bo jeszcze mi tu zamarzniesz.
– Gdybyś nie był taki trudny do rozszyfrowania, może byś kogoś znalazł.
Edward zatrzymał się. – Uważasz, że jestem trudny do rozszyfrowania? Bo cytuję Wilde’a?
– Między innymi. – I dlatego że wierzysz, że niedługo umrzesz, czytasz Tołstoja, masz listę rzeczy, które chcesz zrobić przed śmiercią, znasz muzyków, o których większość naszego pokolenia nigdy nie słyszała i… dlatego że mam wrażenie, że dostrzegasz moją duszę. Tego wszystkiego nie powiedziałam już na głos.
– Nie jestem taki trudny do rozszyfrowania – zaprzeczył. – Dla mnie to wszystko ma sens.
– Właśnie dlatego to takie niepokojące. – Nie mogłam powstrzymać cichego chichotu.
– Uważasz, że jestem stuknięty? – Powoli zmierzaliśmy, ramię w ramię, w kierunku terminalu nr 3.
– Nie, tak nie myślę, ale jeszcze nigdy nie spotkałam kogoś takiego jak ty.
– Wzajemnie.
– Nie musisz się ze mnie nabijać. Wiem, że jestem dość przeciętna. – To nie było miłe z jego strony mówić mi prosto w twarz, jak bardzo się różnimy. Z dużym prawdopodobieństwem nie zamienilibyśmy w innych okolicznościach nawet paru słów. Tak bardzo różnił się od ludzi, których znałam, że było dziwne, jak dobrze czułam się w jego towarzystwie.
– Nie nabijam się. – Brzmiał szczerze, nawet jeśli na pewno nie miał tego na myśli.
– Jasne – odparłam, przewracając oczami.
– Widzisz siebie w złym świetle.
– Jak dobrze, że jesteś tu ty, aby mnie oświecić. – Moja uwaga miała być żartobliwa, ale Edward zwolnił krok, przejechał palcami po moim ramieniu i uśmiechnął się. Oddech uwiązł mi na chwilę w gardle i odwróciłam wzrok.
– Jestem głodna. – Była to najgłupsza i najmniej adekwatna uwaga, jaka przyszła mi do głowy. Jednak gęsia skórka, jaka utworzyła się pod moją kurtką, napędziła mi piekielnego strachu.
Edward wydawał się równie zaskoczony co ja sama. – Ehm. Okej. Głodna. – Rozejrzał się dookoła. Poza kilkoma automatami nie można było dostać nic do jedzenia.
– Batonik?
– Jasne, jak przystało na prawdziwą Amerykankę, bo w końcu tylko tym się odżywiamy.
– To było niemal sarkastyczne. Respekt. – Edward mrugnął do mnie i utorowaliśmy sobie drogę do ostro świecącego automatu, który za parę dolarów obiecywał niebo na Ziemi w formie czekolady.
– Dobra, co chcesz? – Nie patrzył na mnie, zamiast tego grzebał w kieszeni spodni w poszukiwani monet, jak przypuszczałam.
– Ehm. – Cholera, pieniądze miałam w torbie podróżnej – o ile nie opuściła jeszcze budynku z jakimś ćpunem. Okej, może trochę przesadzałam, ale nie czułam się komfortowo z tym, że zostawiłam swoje rzeczy bez nadzoru. – Muszę wrócić do terminalu.
– Dlaczego? – Edward stał odwrócony do mnie plecami i wrzucał już monety do automatu.
– Zaraz wrócę. – Odwróciłam się i przeszłam parę kroków, gdy niespodziewanie stanął przede mną.
– Nie zamierzasz chyba przełazić teraz przez całe lotnisko, bo nie chcesz, żebym zapłacił za twój batonik, co?
– Nie? – Niepewna i złapana na gorącym uczynku wpatrywałam się w swoje buty.
– To dobrze, możesz sobie oszczędzić tę drogę.
Kręcąc głową, poszłam za Edwardem, a niespełna pięć minut później siedzieliśmy na podłodze, plecami opierając się o automat, i w ciszy jedliśmy swoje batoniki, które trąciły nieco stęchlizną, ale nie tak bardzo, żeby nie dało się ich zjeść.
– Ta piosenka, wcześniej. – Edward odwrócił głowę i spojrzał na mnie. – Wiedziałaś, że Kurt Cobain zawarł tę linijkę w swoim liście pożegnalnym?
It’s better to burn out than fade away?
– Tak, tę. – Z powrotem spuścił głowę i przesunął dłonią po twarzy. Widziałam, że jest zmęczony. Coraz ciężej było nam nie zasnąć.
– Pasuje do Cobaina. To znaczy, jeśli ktoś faszeruje się dragami, raczej nie spodziewa się spokojnej śmierci po osiemdziesiątce w fotelu bujanym. – Sięgnęłam po kolejny batonik, chociaż wiedziałam, że przekroczyłam już dopuszczalną dawkę cukru jak na jeden dzień, może i na cały tydzień.
– Wydaje mi się, że śmierć nigdy nie jest spokojna. – Edward przypatrywał się, jak niezdarnie usiłuję otworzyć opakowanie, aby dostać się do jego zawartości.
– Boisz się śmierci?
– Nie, w zasadzie nie. A ty? – Wyszczerzył zęby, zabierając mi z rąk batonik, rozerwał plastikowe opakowanie i mi go oddał.
– Dziękuję. – Oczywiście musiałam zaprezentować mu moje zdolności motoryczne w całej krasie. – Nie wiem, czy boję się śmierci. Nie jestem pewna.
– W takim razie różnisz się od dziewięćdziesięciu dziewięciu procent populacji. – Spojrzałam na niego pytająco, więc kontynuował: – Niemal wszyscy tak bardzo boją się śmierci, że to wypierają, nie poświęcają temu żadnej myśli, a jednak ciągle ciąży to nad nim jak ciemna chmura. Nikt nie ucieknie przed śmiercią i każdy o tym wie.
– A ty sądzisz, że lepiej jest, gdy jest się tego świadomym?
– O tak. – Założył nogę na nogę i skrzyżował ramiona za głową. – Tylko wtedy możesz naprawdę żyć.
– Hmm. – Nie byłam pewna, czy miał rację, ale było w jego teorii coś, czemu nie mogłam zaprzeczyć. – Kiedy zdasz sobie sprawę, że życie kiedyś przeminie, zyskasz szansę, aby przeżyć je tak, jakby było podarunkiem?
– Dokładnie. – Przytaknął gorliwie. – To miałem na myśli. Tylko tak możesz nauczyć się coś cenić, jeśli zrozumiesz, że nie jest ci to dane raz na zawsze. To chyba największy błąd, jaki ludzie popełniają. Kiedy w końcu się rozchorują albo zestarzeją, żałują, że przez całe życie zapominali, że nie są nieśmiertelni.
– Nie zapominam o tym, ale nie zamierzam się z tego powodu bić.
– Zapomnij o bójce – roześmiał się cicho. – Dla każdego jest to coś innego. Czego ty byś chciała? Chodzi o jedną rzecz, którą koniecznie chcesz zrobić w swoim życiu.
Pytanie było trudne, a sama nigdy go sobie nie zadałam. – Nie…
– Nie mów mi, że nie wiesz – przerwał mi Edward. – Na pewno jest coś takiego, jestem tego pewien. Każdy ma jakieś marzenie.
– Chciałabym powtórzyć to, co zrobiłam siedem lat temu – odpowiedziałam w końcu, dłużej się nad tym nie zastanawiając. Edward dał mi czas na wyjaśnienie, nie naciskał na mnie, dzięki czemu zyskałam odwagę potrzebną do tego, by opowiedzieć mu o tamtym wieczorze. – Pojechaliśmy do Salt River, całymi godzinami wpatrywaliśmy się w niebo, moczyliśmy nogi w wodzie i… myślę, że była to najszczęśliwsza noc mojego życia.
– Dlaczego tego nie powtórzysz?
– Nie byłoby tak… byłoby inaczej. – Nie mogłam wyobrazić sobie spędzenia takiego wieczoru bez Jake’a. Było to jedno ze wspomnień, które mnie z nim łączyło i powtarzanie w pojedynkę tego, co robiliśmy razem, wydawało mi się po prostu niewłaściwe.
– Nie próbowałaś.
– Nie, ale nie muszę tego robić, żeby wiedzieć, że nie byłoby tak samo.
– Może. Ale może coś przegapiasz.
– Przegapiam swoje życie. Ale o tym wiedziałam na długo przed tym, zanim cię poznałam. – Odkąd Jake odszedł, nic nie miało sensu. Wprawdzie oddychałam, ale była to mechaniczna czynność. Gdybym musiała się wysilać, decydować, udusiłabym się w kilka miesięcy po jego śmierci.
– Nie wiem, jak to jest stracić kogoś, kogo się kocha – powiedział łagodnie. – Ale wierzę, że można być szczęśliwym, nawet mając blizny.
– Nie jestem nieszczęśliwa. Już nie.
– Ale nie pozwalasz sobie uwolnić się od wspomnień.
– Jak bym mogła? – Wszystkie lata z Jakiem zapisały się we mnie, kształtując mnie na osobę, którą dzisiaj byłam. Bez przeszłości przed oczami zeszłabym ze swojej ścieżki. Ścieżki, o której nie wiedziałam, dokąd prowadzi.
– Obiecaj mi coś.
Ze sceptycyzmem zlustrowałam mężczyznę siedzącego obok mnie.
– Mam ci coś obiecać?
– Tak. Gdy będziesz w Phoenix, pójdź nad tę rzekę, przynajmniej spróbuj. Jeśli nie będziesz w stanie, w porządku, ale chociaż się nad tym zastanów.
Przerażona rozwarłam szeroko oczy. – Nie mogę tam sama wrócić. Nigdy. – Na samą myśl ogarniał mnie okropny, paraliżujący strach.
– Mam iść z tobą? – Jego głos był miękki jak aksamit, sprawił, że zadrżałam.
– Dlaczego miałbyś to zrobić? – Jego propozycja była… dziwaczna jak on sam.
– Dlaczego nie? – Wzruszając ramionami, wpatrywał się we mnie kątem oka.
– Bo mnie nie znasz?
– To jakiś powód?

__________
*Piosenka nie pojawia się w rozdziale, ale jest to utwór, który Neil Young napisał na wieść o samobójstwie Kurta Cobaina – a także w reakcji na to, że zacytował on go w swoim liście pożegnalnym. (przyp. aut.)
**[link widoczny dla zalogowanych] (przyp. aut.)


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
seska
Dobry wampir



Dołączył: 19 Mar 2009
Posty: 864
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 21 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pon 0:11, 05 Sie 2013 Powrót do góry

Okej - znów tu jestem; dzięki, Robaku, za nowy rozdział ^^
Szkoda, że możesz mieć utrudniony dostęp do netu i zarazem trzeba będzie czekać dłużej na nowe party, ale damy radę Wink
Przepraszam, jeśli wyjdzie mi chaotyczny komentarz, ale jestem po sześciu godzinach jazdy samochodem i korzystam jeszcze z chwili, aby zajrzeć na parę stron. W zasadzie już prawie usypiam na siedząco, więc szybko kilka słów i oddalam się do łóżka.

Dzięki za częściowe "zdradzenie" szczegółów fika. Jeśli prawie cały rozegra się na lotnisku, musi być interesujący - nie widzę innej opcji Cool Nie, żeby teraz nie był, ale jeśli historia dotyczy głównie jednej nocy, autorka musiała mieć ciekawy pomysł. Sądzę więc, że "27" nie zawiedzie.
Cieszę się, że dotychczasowe rozdziały wskazują na dojrzały tekst, nawet nieco ciężki - ze względu na konieczność czucia się pacjentem jakiegoś psychologa Wink Rozmowa Belli i Edwarda wygląda po prostu na terapię. Choć przyznam, że teraz doszłam do wniosku iż cała konwersacja, jaką oboje prowadzą, ma właśnie znamiona terapii i jedno z drugim doznają swego rodzaju oczyszczenia. Zakładam, że w finale dojdzie do rozwiązania jakichś problemów, z którymi borykają się - jednak nie mam pewności, czy fik zakończy się happy endem, który tak lubię Wink
Cieszy mnie troszkę, że jednak akcja wyjdzie poza teren lotniska i bardzo jestem ciekawa, co wydarzy się, gdy nadejdzie poranek... Oby coś bardziej interesującego, niż wyjazd nad rzekę w Salt River Cool Również cieszy mnie to, że "27" nie jest landrynkowym romansem i takim na pewno nie będzie, zważywszy na tematykę i pierwsze rozdziały. Lubię klimat takich fików jak WA, TRL czy Brudnego Świata, a moim zdaniem ten zalicza się do tego grona.
Podsumowując, cierpliwie poczekam na c.d. Cool


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
basiajoryk
Nowonarodzony



Dołączył: 01 Maj 2011
Posty: 3
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/3
Skąd: Czeladż

PostWysłany: Wto 6:21, 31 Gru 2013 Powrót do góry

Dziękuje, to jest piękne opowiadanie, zapadające w serce i pamięć. Pozdrawiam


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
valentin
Zły wampir



Dołączył: 03 Kwi 2010
Posty: 423
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 17 razy
Ostrzeżeń: 1/3

PostWysłany: Pią 21:23, 28 Lut 2014 Powrót do góry

Skoro, za kilkadziesiąt minut, forum będzie zamknięte, gdzie będzie można śledzić ciąg dalszy tłumaczenia?


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez valentin dnia Pią 21:24, 28 Lut 2014, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Robaczek
Moderator



Dołączył: 03 Sty 2009
Posty: 1430
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 227 razy
Ostrzeżeń: 0/3

PostWysłany: Pią 23:14, 28 Lut 2014 Powrót do góry

Hej, valentin!
Nie sądziłam, że kogoś to w ogóle jeszcze interesuje, dlatego też nic nawet nie pisałam. Mogę ogólnie powtórzyć to, co napisałam pod tłumaczeniem Golden Moon: Myślę, że wziąwszy pod uwagę moją obecną sytuację życiową, odpuszczę sobie na jakiś czas tłumaczenie. Nawet jeśli zabrałabym się za dalsze rozdziały, obawiam się, że po kilku tygodniach zabrakłoby mi zapału, a nie chcę po raz kolejny czegoś tak rozgrzebywać i porzucać.
Nie bez znaczenia jest również fakt, że 27 było ostatni raz aktualizowane w listopadzie 2012. Niestety już drugi raz zabrałam się za fanfiction, które w czasie, gdy je tłumaczyłam, zostało porzucone. Nie motywuje to do dalszego przekładania.
Szkoda mi porzucać ten tekst, szczególnie gdy ktoś wyraża nim zainteresowanie, ale nie chcę też robić tego na siłę.
Być może za jakiś czas wrócę na inne forum, z innym tłumaczeniem, a z tym samym pseudonimem. Gdyby tak miało się stać, napiszę o tym w swojej stopce; kto wie, może ktoś to zobaczy.

Tymczasem – pozdrawiam serdecznie!
robak


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Robaczek dnia Pią 23:15, 28 Lut 2014, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:      
Napisz nowy tematOdpowiedz do tematu


 Skocz do:   



Zobacz następny temat
Zobacz poprzedni temat
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001/3 phpBB Group :: FI Theme :: Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)
 
 
Regulamin